Perfumy


Ks. Stanisław Tworkowski – Perfumy

 

 Marynce Raczyńskiej-Jarzębowskiej

Gdy się zbliżali do wioski, w przedwieczorną ciszę uderzył metaliczny dźwięk dzwonów.

Na Anioł Pański biją dzwony…

Ksiądz zdjął z głowy kapelusz.

Z wysoka zstępował na ziemię uroczysty spokój. Przycichł gwar wioski, zamilkło na chwilę ujadanie psów. Nawet żaby przestały rechotać. Modlitewny nastrój ogarnął świat. Ksiądz przykląkł i schylił głowę.

A Słowo ciałem się stało…

I mieszkało między nami – odpowiedziała stojąca obok dziewczyna.

Teraz dzwon powoli, majestatycznie: raz, dwa, trzy, aż do dziewięciu. Od wieżyc kościoła, jak od potężnych radionadawczych masztów, szedł w świat daleki głos. Brzmiał jak sygnał bojowy i biegł do pobojowisk, do mogił żołnierskich, wzywał poległych na apel.

– Za dusze żołnierzy poległych we Wrześniu, w Powstaniu i w ciągu całej wojny na wszystkich frontach świata. Za rozstrzelanych i umęczonych. Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie.

Dźwięki powoli cichły i tylko echo niosło w zaświaty wspomnienie o tych, którzy odeszli.

– Prawda, Marynko – po chwili odezwał się ksiądz – że ten wieczny odpoczynek wcale nie jest straszny, choć przyznaję ze wstydem, że bałem się szalejącej obok mnie śmierci. Nigdy nie trafiał mi do przekonania dialektyczny łamaniec Epikura: „Największe zło, śmierć, nie dotyka nas ani trochę, bo dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, a odkąd jest śmierć, nie ma nas”. Myślę również, że nie jest ona „największym złem”. Jest takim samym prawem natury, jak życie. Jedno i drugie jest celowe i dobre.

– Niewiele na ten temat mogę powiedzieć – rzekła młoda medyczka. – Może dlatego, że śmierć nie zajrzała mi nigdy w oczy. Co prawda, bałam się w czasie nalotów. Teraz w prosektorium krajemy nieboszczyków, ale to nie robi na mnie wrażenia. Może to kwestia usposobienia, nerwów? Mój ojciec również nie bał się śmierci, choć był entuzjastą życia i bardzo kochał przyrodę.

– Tak! Ludzie obcujący z przyrodą inaczej patrzą na życie. Jej celowość i piękno każą widzieć śmierć przez pryzmat ewangelicznego ziarnka pszenicy, o którym mówił Jezus, że jeśli „wpadłszy w ziemię nie obumrze, pozostanie samo, ale jeśli obumrze, przyniesie obfity plon”. A więc śmierć to tajemnica plonu… Może wtedy nas niepokoi, jeśli życie było jałowe.

Ksiądz umilkł.

– Czujesz, wujku, jak tutaj pachną akacje?

Szli polną drogą, obok częściowo spalonej wioski. Dwukrotnie przechodził tędy front. Zostały po nim rumowiska i sterczące wśród nich kominy. Ale akacje ocalały i chyląc nad pogorzeliskami kiście, swym zapachem tłumiły przykry zaduch spalenizny i gnijących odpadków.

Ksiądz wdychał pełną piersią powietrze.

– Który zapach podoba się wujkowi więcej? – zapytała dziewczyna, wyjmując z torebki flakonik z napisem „Biały bez”.

– Marynko, a to co znowu? Perfumy?

– Wujaszku, już wiem, co powiesz: „Dziś, kiedy tyle nędzy, sierot, kalek itd., takie wydatki na rzeczy niepotrzebne”. Przecież sama nie kupiłabym perfum. Nie mam pieniędzy. Dostałam je na imieniny od babci. Wujku, powiedz, dlaczego jesteś taki surowy, jak ten święty… Oj, zapomniałam jak się nazywał.

– Cyprian, biskup Kartaginy.

– Tak, tak! Święty Cyprian. Nasz prefekt kazał nam przeczytać jego książkę, w której gani współczesne sobie piękności za używanie pudru, szminki i perfum. Wcale mnie to nie przekonało.

– Widzę to.

– Czy naprawdę nasza religia nie uznaje innego zapachu poza wonią cnót?

– Nie! Sam Stwórca dał kobiecie instynkt podobania się. Nie ma nic obrzydliwszego nad babę zaniedbaną, stroniącą od wody i mydła. Powinnyście wyglądać przyjemnie i ubierać się gustownie, przyzwoicie i…

– Ładnie pachnąć, prawda, wujku?

– Naturalnie.

 Więc perfumy nie są złą rzeczą?

 O ile w dobrym gatunku i używane po umyciu, to myślę, że nie.

Roześmieli się oboje.

 Oczywiście — mówił ksiądz  perfumy mogą służyć różnym celom. Wszystko zależy od intencji. Przypominasz sobie z Ewangelii scenę uczty, na którą zaprosił Chrystusa wyrachowany i nie-kulturalny faryzeusz? Łzy grzesznej Magdaleny zmieszane z perfumami pomogły jej zostać świętą. „Odpuszcza się jej wiele grzechów, bo wiele umiłowała”. W czasie Powstania i ja zetknąłem się z pewną uperfumowaną dziewczyną… Opowiem ci o tym kiedy indziej, bo już późno i matka czeka z wieczerzą.

 O, nie! Wujek zawsze zacznie coś ciekawego i nie kończy. Tym razem nie ustąpię.

– Niech i tak będzie. Podejdźmy tylko bliżej domu. Z półmroku wyłonił się niewielki, drewniany domek. Ocalał, choć na podwórku i pod oknami widoczne jeszcze były ślady po zasypanych okopach i lejach.

 Matka nie może odżałować drzewek owocowych  mówił ksiądz.  Ściął je czołg sowiecki, który w pogoni za Niemcami skręcił z drogi, zmiażdżył płot i przejechał się po jabłonkach. Muszę, Marynko, pochwalić moją matkę, która jest prawdziwą bohaterką. W najtrudniejszych sytuacjach umiała zachować zimną krew. W czasie styczniowej ofensywy, która przepędziła Niemców z Puszczy do Prus Wschodnich, walki toczyły się tuż obok naszego domu. Moja siostra zmusiła matkę do ukrycia się w schronie. Widzisz ten lasek za drogą? Był tam szeroko rozkopany dół, przykryty belkami i szumnie nazwany bunkrem. Matka, siedząc w dygocącej od wybuchów jamie, przypomniała sobie, że w kuchni został garnek z gotującą się kurą  był to na owe czasy niezwykły przysmak. Nie zwracając uwagi na gwałtowny ogień granatników, czołgów, cekaemów, samolotów nurkujących, na oczach przerażonych ludzi pobiegła w stronę domu. Wróciła za chwilę niosąc triumfalnie dymiący garnek. W międzyczasie zdążyła dać kubek gorącego mleka ciężko rannemu niemieckiemu żołnierzowi, który leżał w śniegu przy drodze. Ta postawa matki płynęła z głębokiej wiary, że bez woli Bożej nic złego człowieka spotkać nie może.

– Tak, ale roztropność jest cnotą.

– Toteż cały bunkier skrzyczał matkę.

– Ale kurę zjadł?

– Oczywiście.

Siedli na ławce przed domem wtulonym w krzewy bzów, spirei i jaśminów. W mroku złociły się kępki nagietków, czerwieniły georginie, pachniały floksy; do okien zaglądały malwy. Nad całym tym różnobarwnym królestwem matki cicho szumiały rosnące obok domu sosny.

– Boże, jaki ten świat jest piękny i jak by mogło być na nim dobrze, gdyby człowiek był inny – westchnęła dziewczyna.

Milczeli, każde pogrążone w swych myślach.

– Ale jak to było, wujku, z tą pachnącą dziewczyną?

– Prawda: Były to ostatnie godziny Starówki. Ostatki wykrwawionych oddziałów usiłowały przebić się do Śródmieścia. Była już późna noc, kiedy na chwilę zasnąłem. Obok mnie w podziemnym szpitalu cierpieli i umierali ludzie. Spowiadałem ich, udzielałem Komunii Św., ale sam byłem chory i wyczerpany do ostatecznych granic. Nie działały już na mnie ani jęki rannych, ani wstrząsy wybuchów. Zapadając w krótki, nerwowy sen, obojętniałem na wszystko. Obudziły mnie wyjątkowo silne detonacje. Narzuciłem płaszcz i wyszedłem na ulicę.

Noc była pogodna, ale zimna. Od strony Ogrodu Saskiego szedł gwałtowny ogień broni maszynowej. Ziemia drżała od wybuchów granatów. Co chwila w górze zapalały się różnokolorowe rakiety. Po ciemnym niebie przelatywały w różnych kierunkach jasne smugi świetlnych pocisków. Ujadaniu niemieckich cekaemów od Królewskiej i placu Grzybowskiego odpowiadały pojedyncze wystrzały.

Wiedzieliśmy, że nasi chcą sobie wywalczyć przejście ze Starego Miasta.

Odmawiając różaniec wsłuchiwałem się w strzelaninę. Za chwilę przyniosą rannych.

Wróciłem do podziemi, gdzie w półmroku dostrzegłem grupę nieznanych mi żołnierzy. Wychudli, brudni, o nieogolonych twarzach — zresztą niektórzy z nich nie mieli jeszcze zarostu — wyglądali na bardzo wyczerpanych. Ale ich ciężkie uzbrojenie, peemy zawieszone na szyjach, granaty przyczepione do pasów lub wystające z kieszeni brudnych panterek, aż nadto wyraźnie mówiły, kim są ci młodzi ludzie i do czego, mimo swego wyglądu, są jeszcze zdolni.

Starówka.

Wśród chłopców siedziała na betonowej posadzce, oparta o mur, młoda, może szesnastoletnia dziewczyna. Spała. Miała na sobie tylko kostium kąpielowy i narzuconą na ramiona marynarkę. Przepasana była żołnierskim pasem, przy którym wisiały dwa granaty. Jej nogi były umazane błotem.

„Kanały” — pomyślałem.

Z końcem sierpnia rozpoczęła się tragiczna ewakuacja dzielnicy staromiejskiej. Przechodziła ludność, resztki wykrwawionych oddziałów, transportowano rannych. Jednym z ostatnich był bohaterski dowódca Starówki, płk „Wachnowski” [1]. Przyszedł do nas śmiertelnie znużony. Widać było, że głęboko przeżywa dramat Starego Miasta. Należał on jednak do tego rodzaju żołnierzy, którzy nawet w chwilach klęski nie ulegają załamaniu. Spał w podziemiach kilkanaście godzin, a później poszedł znów walczyć.

Było bardzo zimno. Dziewczyna przez sen poprawiała na sobie marynarkę. Miałem zdobyczny płaszcz niemiecki.

– Koleżanko — trąciłem ją lekko w ramię. Obudziła się nagle i instynktownie sięgnęła po granat.

– Moje dziecko, zmarzłaś… Proszę włożyć ten płaszcz, bo pani się przeziębi.

Ale ona już oprzytomniała.

– Ze Starówki? – zapytałem.

– Tak, proszę księdza. Niemcy rzucali granaty. W kanałach zostało dużo rannych. Umierają w błocie, w ciemnościach. – Chwyciła mnie za rękę. – Mój Boże, tam jest okropnie. Niech ksiądz za nich się modli.

– Wiem o tym. Proszę się uspokoić. Tu jest nieco ciszej.

– Tak, ale jutro będzie to samo i tutaj. Siadłem przy niej i podałem jej manierkę, w której było trochę wina.

– Proszę się napić.

Dziewczyna przywarła ustami do manierki, ale przełknęła tylko jeden łyk.

– Niedobre?

– Ależ znakomite. Od dwóch dni nic nie miałam w ustach. W takim piekle zapomina się o wszystkim, ale niech ksiądz da wino chłopcom. Im bardziej potrzebne.

– Chłopcy dostaną, to jest dla pani, proszę wypić!

– Jeśli tak, to dobrze.

Tym razem nie odjęła manierki od ust.

– Piekło, proszę księdza. Ale to nic. Utrzymamy Śródmieście. Ma nadejść pomoc.

Milczałem.

– Jaki ksiądz dobry – spojrzała mi w oczy.

– W każdym człowieku jest trochę dobra.

– Nie – przerwała – nie w każdym. Niemcy mordowali naszych rannych i bezbronnych. Na Długiej… Nie mogliśmy im przeszkodzić.

Nagle spojrzała na swe nogi.

– Proszę księdza… Bardzo przepraszam! Po wyjściu z włazu nie miałam siły się umyć. Zresztą brak wody. A w kanałach, ksiądz wie, jak jest. Cuchnę.

– Nie, moje dziecko. Nic nie czuję. A nawet… Jakby ci to wytłumaczyć? Zdarzało się mi bywać w wykwintnych towarzystwach, wśród panów i pań, które używały wytwornych perfum. Ale one tak nie pachniały.

Dziewczyna patrzyła na mnie nic nie rozumiejąc.

– Tak, moja wspaniała łączniczko! „Jesteś wdzięczna i wonna”, polska dziewczyno-żołnierzu – mówiłem do niej słowami „Pieśni nad pieśniami”.

Nagle zrozumiała i zaczęła płakać.

Ksiądz zamilkł.

Spokój ogarniał ziemię, tylko listki osiczyny drżały nerwowo. W ogródku świerszcze zaczynały swoje melodie.

– I co się później stało, wujku? – zapytała po chwili Marynka.

– Tego samego dnia na naszą placówkę był nalot. Bomba trafiła w szyb windy i spadła na dno schronu, w którym odpoczywali żołnierze ze Starówki. Pod ciężarem zawalonych pięter, wśród gruzu i powyginanego żelastwa, została pogrzebana ze swymi kolegami bohaterska łączniczka.

Marynka ocierała oczy.

– Śliczny zapach mają akacje… Twój „Biały bez” jest również przyjemny. Ale czyż mogę zapomnieć o tamtej dziewczynie, pachnącej wonią kanałów.

 



 

Ks. Stanisław Tworkowski („Jacek”) – Ostatni zrzut – III Godzina „W”