Parafialna pielgrzymka do Powsina
W przededniu odpustu parafialnego odbyła się parafialna pielgrzymka do Sanktuarium Matki Bożej Tęskniącej w Powsinie.
Intencją pielgrzymki było niezmiennie wsparcie modlitewne polskich rodzin, w tym naszych rodzin.
Czy można nazwać tradycją coś, co rozpoczęło się 4 lata temu, odbywa się raz do roku i trwa do dziś? Księża z parafii błogosławionego Władysława z Gielniowa twierdzą, że wrześniowa pielgrzymka do Powsina do Sanktuarium Matki Bożej Tęskniącej – to już tradycja. Przecież w tym roku idziemy już czwarty raz!
Dla mnie ta pielgrzymka to mieszanka kilku rzeczy. Jasne, tradycja, chociaż w tym roku to był mój trzeci raz. Ale będą następne. Więc jeśli 4 razy to już tradycja, to licząc awansem przyszły rok, dla mnie to też tradycja. Ale gdyby się na tradycji zakończyło, nie warto byłoby strzępić pióra na ten tekst.
I dla mnie i, jestem pewna, dla nas wszystkich, ta wrześniowa sobota, jedyna w roku, to wyjątkowy dzień. Dzień, kiedy wszyscy możemy się spotkać, spędzić ze sobą czas na modlitwie, uwielbieniu, śpiewie i wspólnej drodze. Kiedy w poczuciu bycia wspólnotą na ten jeden dzień możemy odwiedzić Matkę Bożą Tęskniącą. Pamiętam, jak za pierwszym razem serce mi mocniej zabiło, jak poczułam ducha wspólnoty i pełne miłości spojrzenie Matki. Od tego czasu co roku rezerwuję sobie jedną wrześniową sobotę. Żeby spojrzeć w oczy Matce Bożej Tęskniącej.
W tym roku, tradycyjnie, zaproszeni byli wszyscy: cała parafia błogosławionego Władysława z Gielniowa i okoliczne parafie także , wszystkie wspólnoty, zrzeszeni i niezrzeszeni. I mimo, że kościół tego ranka, 26 września 2020 koło godziny 9 wcale nie pękał w szwach, po krótkiej modlitwie i błogosławieństwie Najświętszym Sakramentem, z zapasem sił i prowiantu na 5 kilometrów oraz radością świeżej, tworzącej się dopiero wspólnoty ruszyliśmy w drogę. Przed nami 5 kilometrów modlitwy, śpiewu, no i poznawania się. W planie postój na krótki odpoczynek na polanie w Lesie Kabackim i msza święta w sanktuarium.
Po drodze, tradycyjnie już, oczywiście, odwiedziliśmy siostry Niepokalanki. W kaplicy ks. Kamil mówił o talentach.
Nawiązał do metafory, że każdy z nas to naczynie gliniane. W tym naczyniu przechowujemy talenty. Talenty rozumiane nie tylko jako zdolności, które należy rozwijać, ale dobro i trudy życia. Dobro należy pomnażać, a trudne doświadczenia potraktować jako szansę na zmianę naszego życia. W tym wszystkim, w doświadczeniach radosnych i bolesnych, należy zawsze szukać dobra. Inaczej można okopać się w poczuciu przekleństwa codzienności. A czy tego chce od nas Bóg?
Ksiądz pytał:
„Gdzie widzisz te talenty? Jak odczytujesz te trudności? Co z nimi robisz? Bóg mówi: Nie zakopuj swoich talentów. Weź za nie odpowiedzialność. Weź odpowiedzialność za zdolności, za dobro, za wszystkie trudności.”
Za talenty należy dziękować. I za te, z którymi nam przyjemnie i ciepło i za te, które po ludzku dają nam cierpienie i poczucie krzywdy. Dobrze jest poznać siebie, żeby lepiej wykorzystać i mnożyć nasze talenty, żeby wziąć za nie odpowiedzialność.
Dla mnie zaskoczeniem było to, że trudności mogą być talentem. No bo jak to – jak moje cierpienie, czasem poczucie niesprawiedliwości, krzywdy – jak to może być talentem, czymś dobrym? Nigdy w ten sposób nie myślałam. Ale jeśli te trudne doświadczenia mają powodować, że zmieniam moje życie na lepsze, to tak, trudności to też talenty. Tyle że zapakowane w nieatrakcyjny, raniący palce papier. Czasem raniący tak, jak wata szklana;)
Zgadzam się z księdzem Kamilem, że każdy z nas to naczynie, w którym wymieszane są i dobro i trudności. I chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że tak właśnie jest. Każdy ma dobro, które otrzymał i wyświadczył innym oraz cierpienie i ból. W różnych proporcjach. Wśród naczyń prawie doskonałych, bez skazy, wypolerowanych i błyszczących są też poszczerbione, poobijane, nawet okazy bez ucha. Którym daleko do doskonałości, które najchętniej byśmy odstawili na najniższą półkę, schowali na samo dno.
Ale właśnie te felerne, niedoskonałe naczynia w oczach Boga są cenniejsze niż naczynia bez skazy.
Dla mnie była to nowa perspektywa, nie całkowita rewolucja, ale zmiana patrzenia i myślenia.
W sercu zachowam słowa, że te naczynia poobijane, poszczerbione są często cenniejsze w oczach Boga. Ja też czuję się takim obtłuczonym naczyniem, któremu daleko, oj, daleko, do doskonałości i piękna nowego, błyszczącego kubka. Ale to wcale nie umniejsza wartości, a wręcz ją dodaje. W serwisie mogą być i takie i takie. A kawa z każdego kubka czy filiżanki smakuje tak samo;)
Widziałam, że rozważania księdza Kamila trafiły nie tylko do mojego serca, bo jakoś wszyscy się zamyślili i wyciszyli. Ale nie było czasu na rozmyślania, bo siostry już czekały ze słodkościami na drogę. Coś dla ducha i coś dla ciała..
W czasie drogi śpiewaliśmy pieśni Maryjne i modliliśmy się tajemnicami różańca świętego. Po krótkim odpoczynku na polanie, zakończonym śpiewem i tańcem, (Tak, tańcem! Na pielgrzymce!) ruszyliśmy dalej.
W sanktuarium czekała już na nas stęskniona Matka Boża. To dla niej tu przyszliśmy. Aby być bliżej Jej, Jej syna, aby zawierzać nasze życie i życie naszych bliskich Jej kochającemu sercu. Aby zawierzać wszystkie sprawy, trudności, radości i cierpienia. Powierzać nasze tęsknoty. Oddawać talenty – to całe dobro i wszystkie trudy.
Homilię wygłosił ksiądz Marcin, a rozpoczął pytaniem wcale nie retorycznym.
„Co jest dziś największym pragnieniem Jezusa względem Jego Kościoła? Jak myślicie, co to takiego?”
No, jak myślisz – co to może być?
Więc dobrze, już mówię, nie trzymam w niepewności. To miłość i jedność.
Ksiądz podkreślił, że choć w naszej parafii jest mnóstwo wspólnot, to one wszystkie razem wybrały się na pielgrzymkę. Razem śpiewają, razem modlą się, razem tańczą i wielbią Boga. A przecież mogłyby rywalizować, która ważniejsza, która cenniejsza, która wydaje lepsze owoce – porównaniom mogłoby nie być końca. Ale jesteśmy tu razem, jesteśmy jednością, bogatsi o naszą różnorodność. W dodatku są też osoby spoza wspólnot i spoza naszej parafii. To jest dopiero jedność! I to się Jezusowi bardzo podoba!
Po pielgrzymce pątnicy wybrali różne sposoby powrotu do domu. Ja, tradycyjnie, wybrałam pieszy spacer z przyjaciółmi. I cieszę się już na następną pielgrzymkę do Powsina. Żeby spojrzeć w oczy Matce Bożej Tęskniącej. I znów Jej powierzyć moje talenty, radości i trudy.
A Ty – co chciałbyś Jej powierzyć?
Ewa

