Błogosławiony Władysław z Gielniowa – Trudne piękno

Trudne piękno!

O. Cyprian Moryc
Kazanie wygłoszone w ramach modlitwy o kanonizację Błogosławionego Władysława z Gielniowa w pobernardyńskim Kościele Świętej Anny w Warszawie w Wielką Środę 2012 roku.

Drodzy w Chrystusie! W Ewangelii przed chwilą usłyszeliśmy: Nauczyciel pyta, gdzie jest izba, w której mogę urządzić Paschę ze swymi uczniami?

To jest pytanie o nasze serca. Ta izba to nasze serca. W tej wyjątkowo pięknej świątyni, a jednocześnie w tym niezwykle pięknym czasie Wielkiego Tygodnia — Tak.

To nie pomyłka ten czas jest piękny, ale… To jest trudne piękno. To jest głębia, majestat i splendor ofiarnej miłości, ponieważ: nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Nie mogę powstrzymać się od odczytania fragmentu refleksji Heschela o pięknie. Proszę posłuchajcie. Zostały sobie poślubione. Sztuka stała się partnerką religii, a ich intymny związek okazał się niezwykle płodny. Jedynie dzięki religii i kultowi świadomość wyższych praw mogła dojrzeć i zostać narzucona „artyście, który w przeciwnym razie puściłby wodze wyobraźni stylu”. Tutaj, w świątyni, artyści podjęli pierwsze kroki w kierunku tego, co wzniosłe. Religia i kult inspirowały artystę do wykonywania wizerunków pełnych majestatu, wspaniałych świątyń i napawających czcią ołtarzy, które z kolei pobudzały serce oddających cześć do większej pobożności. Czymże byłaby sztuka bez religijnego zamysłu tajemnicy i tego, co najważniejsze, a zarazem jakże ponura byłaby religia bez bohaterskich prób artysty, by to, co tajemnicze, wcielić w formy widzialne, by wyprowadzić wizję z ciemności serca i bezmiar nieobecności Bóstwa wypełnić światłem ludzkiego geniuszu. Prawica artysty usycha, kiedy zapomina on o tym, że Bóg jest najważniejszy, a serce religijnego człowieka nie jeden raz ogarnęła drętwota, gdy zabrakło śmiałej ręki artysty. Sztuka zdawała się jedynym objawieniem wobec przepastnego milczenia Bóstwa. Widok wielkich dzieł sztuki wprawia nas w podziw. W najgłębszym sensie tych słów przedstawiają one ludzką próbę wysławiania dzieł Bożych. I uświadamiamy sobie jeszcze jeden powód, by przywołać tajemnicę Piękna. Jest nim Władysław z Gielniowa, jeden z pierwszych polskich poetów. On jest dziś naszym mistrzem. Przewodnikiem wielkotygodniowych ścieżek. Życie człowieka, każdego z nas, nasze istnienie każdy nasz dzień ma wartość nieocenioną, wielką. My tego jednak nie doceniamy, ale mimo to istnienie jest cudem, jest łaską, jest czymś wyjątkowym. Każdy dzień, każda chwila, jako Boży dar, jako Boże dzieło są nieocenione i piękne. Kim jest człowiek, że się o niego troszczysz? Uczyniłeś go nie wiele mniejszym od aniołów — woła zdumiony Dawid w psalmach. Ale, jest taki czas szczególny, wprost nazwany wielkim. Wielki Tydzień. Czas, w którym Bóg upomniał się o swe dzieci, Stwórca pochylił się nad swoim stworzeniem. Chrystus Zbawiciel oddał życie przez haniebną śmierć krzyżową – jeszcze raz wypada powtórzyć słowa Chrystusa: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich i słowa Apostoła Pawła: umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie – nie mogę odrzucić łaski chrystusowej. Wielki Tydzień — największa i autentyczna miłość. Trudne Piękno. To w tej świątyni w Wielki Piątek 1505 roku, Władysław z Gielniowa unosił się nad kazalnicą porwany zachwytem dla trudnego, bolesnego piękna. „Piękno zbawi świat, jakie to piękno? Jest na świecie tylko jedna nieskończenie piękna istota to Chrystus” — Słowa Dostojewskiego. Podczas tego pamiętnego kazania, które okazało się zresztą ostatnim kazaniem Gielniowczyka, Bóg zawiesił prawa natury, aby wyrazić aprobatę dla tej bogobojności, którą objawiał Mistrz Pasji Władysław z Gielniowa. To był autentyczny uczeń świętego Franciszka — Stygmatyka z Asyżu. Franciszek medytując płakał i żalił się, że „miłość nie jest kochana”, wędrował przez wioski i miasteczka średniowiecznej Italii wygłaszając orędzie nagości Chrystusa. Z miłości do człowieka Chrystus ogołocił samego siebie, wyniszczył siebie aż do krzyżowej śmierci. Franciszek płakał nad chłodem ludzkich serc. Płakał też Władysław. To był prawdziwy, średniowieczny chrześcijanin, dla którego Jezus był w centrum życia, w centrum zainteresowania. On znał Chrystusa z osobistej zażyłości – długich godzin samotnej medytacji. Znał Chrystusa ukrytego w Słowie, w pieśniach i psalmach śpiewanych w chórze z braćmi. Były to nabożeństwa bardzo uroczyste, podniosła liturgia w języku łacińskim, a Mistrz Władysław namaszczony Duchem, układał poetyckie strofy w prostym języku ludu, po polsku, tak by wszyscy mogli śpiewać o miłości sprzedanej, wzgardzonej i przybitej do Krzyża. Tym sposobem stał się „ojcem ojców polskiej poezji”, polskiego języka. Te przeżycia były pogłębiane poprzez formy teatralne, inscenizacje wydarzeń ewangelicznych. Takie wstrząsające misterium o rodowodzie średniowiecznym przetrwało do dziś w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tłumy przychodzące tam każdego roku bardzo emocjonalnie przezywają dramat pasyjny, do niedawna na przykład aktor grający rolę Judasza musiał salwować się ucieczką przed pielgrzymami przejętymi do głębi dramatem zdrady. Znam to z opowieści mojej babci. To wyjątkowa szkoła modlitwy; „aż do zauroczenia serca” jak nas na nowo uczył Jan Paweł II. Co charakteryzowało pobożność Władysława z Gielniowa? Z pewnością miłość Krzyża, on za świętym Pawłem i Franciszkiem powtarzał wciąż: nie daj Boże bym się chlubił z czego innego jak tylko z krzyża Jezusa oraz z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. W tej świątyni są wizerunki, rzeźby i obrazy Władysława, które ten pasyjny rys jego duchowości manifestują. O tu, nad wejściem do kaplicy-mauzoleum anioł w dłoniach trzyma figurę Chrystusa biczowanego u kamiennej kolumny. My, żyjąc dziś w kulturze nieokiełznanej i bezkrytycznej konsumpcji, czy możemy zrozumieć duchowość pasyjną, czy możemy się chlubić z krzyża? Raczej, za świętym Pawłem należałoby wołać wielu postępuje jak wrogowie krzyża, ich Bogiem brzuch a chwała w tym, czego winni się wstydzić. Współczesny człowiek raczej boi się, że takie intensywne, mało estetyczne rozmyślanie go zabije, zniszczy, że się ze strachu i przerażenia wyalienuje. To jednocześnie nie przeszkadza chłonąc z publikatorów drastycznych scen przemocy i gwałtu… Ale spójrzmy na wyjątkową osobowość Franciszka i Władysława. Przecież oni rozwinęli niespotykaną, ponadprzeciętną wrażliwość. Prezentowali w swym głębokim życiu tak wiele talentów i darów. Oni przynieśli, zgodnie z obietnicą Jezusa obfity owoc. Okazuje się, że intensywne rozmyślanie o ofiarnej i zbawczej miłości rodzi siły witalne, daje moc ducha. Okazuje się, że Bóg nie jest wrogiem naszego postępu, osobistego i społecznego rozwoju. Właśnie, według nauki Jezusa, to jest prawdziwa chwała boża – „przynieść obfity owoc”, pomnożyć talenty; „kto ma temu będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie”. Tu trzeba mocno podkreślić – rozpamiętywanie Męki Pana uzdrawia, wyrywa z alienacji. Słowo Boże mówi: w Jego ranach jest nasze zdrowie, krwią ran Jego zostaliśmy uzdrowieni. Dziś mamy na nowo patrzeć na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala by znaleźć uzdrowienie z egoizmu, najdziwniejszych alienacji i zagubienia, obojętności. By znaleźć utracona radość życia i głęboki pokój. Prezentujemy niestety nader często postawę duchowej i społecznej ospałości — rodzaj duchowego minimum socjalnego, często żenującą bylejakość i antyświadectwo. Nie wystarczy być poczciwym, dobrodusznym. Trzeba z poczciwego stać się wielkim! Z dobrodusznego heroicznym! Od szarej zwyczajności przechodzić do heroizmu wiary. Czy Jezus nie powiedział do nas: Bądźcie doskonali jak Ojciec wasz niebieski… Dziś światu i Kościołowi potrzeba mistrzów i herosów wiary! Taki był Franciszek, takim właśnie był Władysław z Gielniowa. Oni prezentowali trudne piękno, trudną wielkość, do których to i my jesteśmy wezwani.