Bł. Władysław z Gielniowa – czciciel Serca Jezusowego

Bł. Władysław – czciciel Serca Jezusowego

o. Henryk Brzeziński OFM
Homilia wygłoszona w kościele akademickim pw. św. Anny w Warszawie podczas Mszy św. w intencji o rychłą kanonizację bł. Władysława z Gielniowa w dniu 4 czerwca 2012 r.

Czcigodni Księża koncelebrujący Ofiarę Eucharystyczną! Drodzy czciciele błogosławionego Władysława z Gielniowa! Drodzy w Chrystusie Panu, Bracia i Siostry!

Dziś gromadzimy się w tym pięknym kościele na Eucharystii, aby uczcić Najświętsze Serce Pana Jezusa i tak jak od początku roku każdego czwartego dnia miesiąca z racji 50. rocznicy ogłoszenia błogosławionego Władysława patronem stolicy, przywołać do naszej pamięci tego wielkiego Świętego.

Słuchając tekstów Liturgii Słowa, kojarzy nam się najważniejsze jej przesłanie – „Bóg jest miłością”. Bóg miłuje ludzi, dlatego posyła Swego Syna, Syn nas zaś tak umiłował, że wydał samego siebie za nas. I jednego pragnie, abyśmy się tak miłowali jak On nas umiłował. Miesiąc czerwiec jest niejako przedłużeniem tej tajemnicy. Kościół w tym miesiącu zaprasza nas do odbycia duchowej pielgrzymki do sanktuarium Serca Zbawiciela, gdzie znajduje się źródło miłości i świętości., „która jest z Boga” (1 J 4,7). Wskazując na własne Serce w czasie objawień świętej Małgorzacie Marii Alacoque, Chrystus Pan powiedział: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi”. Miłość Boga wyraziła się w tym właśnie, że Ojciec „zesłał Syna Swojego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu”. Miłość, która jest z Boga jest życiodajna: „Kto miłuje, narodził się z Boga (…), bo Bóg jest Miłością”. Narodził się – to znaczy: ma życie z Boga, żyje życiem Bożym, staje się świętym. Wówczas również „zna Boga”, ponieważ Boga, który jest Miłością nie poznaje się inaczej jak przez miłość. Odwieczne źródło miłości, życia i świętości, jakie jest w Bogu, objawiło się w czasie, kiedy Bóg Ojciec „posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4, 1) i dokonał na krzyżu otwarcia sanktuarium swego Serca.

Na jakiej podstawie możemy mówić o kulcie Serca Bożego u bł. Władysława, skoro ten kult rozwinął się później? Aby przybliżyć sobie kult Serca Jezusowego u bł. Władysława trzeba sięgnąć do duchowości franciszkańskiej. W uroczystość św. Franciszka w dniu 4 października 1673 roku Chrystus dał Małgorzacie Marii w Paray-le-Monial naszego Patriarchę jako szczególnego kierownika duchowego. Przedtem ukazał jej niezrównaną chwałę, jakiej zażywa on w niebie i powiedział, że Franciszek jest „jednym z największych ulubieńców Najświętszego Serca”. Naznaczony świętymi stygmatami, żarliwy miłośnik ubóstwa, który chciał znać tylko Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego, który ledwo mógł mówić o kimś innym niż o Chrystusie, był na ziemi żywym obrazem Zbawiciela.

W czasach kiedy żył Biedaczyna z Asyżu kult Serca Jezusowego nie był znany w obecnej formie, ale stał się on jednym z największych czcicieli Serca Bożego, tęskniąc za ścisłym z Nim zjednoczeniem. Jego tylko pragnął, o nim tylko mówił i wreszcie jedynie w osobie, miłości i działaniu Jezusa widział prawdziwe szczęście radość: „W tych bowiem czasach miłość i bojaźń Boża wygasły prawie zupełnie i w ogóle nie znano drogi pokuty, co więcej, uważano ją nawet za głupotę. Rozkosze cielesne, żądza bogactw i pycha żywota panowały do tego stopnia, że cały świat wydawał się być ofiarą tych trzech plag” (3T 34). Franciszek zaś odkrywa Ewangelię i zapomniane skarby ewangeliczne, wśród których czeka miłość seraficka.

Franciszkowe „Bóg mój i wszystko” jest świadectwem totalnego zakochania się w Bogu, który jest samą Miłością. Miłość Boga ponad wszystko – oto istota wiary chrześcijańskiej i doskonałe wypełnienie przykazań. Miłość jest syntezą chrześcijaństwa, a miłość ku Zbawcy i troska o zbawienie dusz – oto najważniejsze cele kultu Serca Jezusowego. Takie też było w istocie życie świętego Franciszka. Miłość Chrystusa przemienił go w miłośnika Jego Serca, w prawdziwy obraz Chrystusa Ukrzyżowanego, naznaczając go świętymi stygmatami, przebijając i otwierając mu serce ogniem miłości serafickiej, który nie przestał do końca życia w nim płonąć. Święty Franciszek odkrywa przed nami niezgłębione tajemnice miłości Bożej, a jednocześnie przez miłość wskazuje drogę odnowy Kościoła, którą ze względu na jej intensywność i głębię nazywamy najwyższą, czyli seraficką, objawioną na Kalwarii i na Alwerni.

Taki rodzaj miłości realizowali w swoim życiu święci, również błogosławiony Władysław z Gielniowa, o którego kanonizację – ten najwyższy stopień świętości, jaki Kościół ogłasza dzisiaj się modlimy. Gielniowczyk – tak potocznie nazywany przez historiografów – naśladował Chrystusa i św. Franciszka w życiu zakonnym i kapłańskim w naszej Ojczyźnie ponad pięć wieków temu. Do zakonu św. Franciszka wstąpił 1 sierpnia 1462 roku. Była to nowo założona prowincja w 1453 roku przez św. Jana Kapistrana w Krakowie, tuż pod Wawelem. Jak podają historycy w roku 1466 przyjął święcenia kapłańskie i od tego momentu ukazywał na terenach Polski miłość Serca Jezusowego. Sprawował sakramenty i głosił Ewangelię, wykorzystując swój niezwykły jak na owe czasy talent piśmienniczy. Pierwszy pisał w języku polskim pobożne pieśni i uczył je śpiewać wiernych – o życiu i męce Zbawiciela, jak również wychwalał przymioty Maryi i świętych Pańskich. Dziś jako patron stolicy uczy nas miłości do Serca Jezusowego i pragnie, aby to „niezwyciężone i nieujarzmione Miasto – jak mawiał kard. Wyszyński – odpowiadało Mu swoją wdzięcznością i oddaniem.

Ocalić miłość, która została wypaczona przez różnorodnych krętaczy XXI wieku, oto nasze zadanie. Jedni kojarzą ją z uczuciem, inni z przyjemnością, inni jeszcze nazywają nią to czego należałoby się wstydzić. Prawdziwa miłość zakorzeniona jest w źródle miłości, w Bogu. I właśnie teraz, kiedy wielu traci z pola widzenia prawdziwą istotę miłości przychodzimy do Chrystusa, który „do końca nas umiłował”. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zapisała w „Dzienniczku duszy”, że bardzo długo zastanawiała się, co jest największą siłą w życiu, i odpowiedziała – miłość. Gdyby zabrakło miłości Apostołowie nie poszliby przecież głosić Ewangelii, a męczennicy nie oddawaliby życia za Chrystusa. Ci zaś, których Bóg powołuje do służby kapłańskiej, zakonnej, małżeńskiej czy zawodowej nie byliby zdolni służyć, bo jednym z głównych imion miłości jest służba. Jezus w Wieczerniku, kiedy umył Apostołom nogi pytał czy rozumiecie co wam uczyniłem? „Ja nie przyszedłem, żeby Mi służono, lecz aby służyć” – zdecydowanie odpowiedział. Święty Paweł w Liście do Rzymian potwierdził te słowa pisząc, że służba Jezusowi przewyższa wszelkie rodzaje poświęcenia, bo On oddał swoje życie za nas gdyśmy byli jeszcze nieprzyjaciółmi Boga, lecz On widząc to nie zawahał się poświęcić swojego życia, abyśmy mieli życie Boże i mieli je w obfitości.

Gromadzimy się w ten poniedziałkowy wieczór, aby dziękować za dar kapłaństwa błogosławionego Władysława. Dobrze, że wśród nas obecny jest ksiądz prymicjant Wojciech, gdyż przypomina to nam, że teraz, w czerwcu, diakoni przyjmują święcenia kapłańskie. I za te wielkie dary dziękujemy. Niedawno jubileusz 50-lecia kapłaństwa przeżywał ks. biskup Józef Zawitkowski. Z tej okazji przeprowadzono z nim wywiad, w którym na pytanie co jest najważniejsze w życiu kapłańskim odpowiedział: Trzeba naśladować Chrystusa i nie przysłaniać Go w czasie głoszenia Dobrej Nowiny swoją osobą.

Piękną prawdę o kapłaństwie wypowiedział francuski filozof i poeta Paul Claudel: „Bóg potrzebuje kapłanów, aby rozdawali Jego Serce i swoje razem z Nim”. To Boskie Serce rozdawał w Warszawie jej patron. Życzę wszystkim kapłanom, aby rozdawali Serce Jezusa i swoje serca razem z Nim. Życzę także młodzieży akademickiej, która tak pięknie apostołuje w kościele akademickim św. Anny, pielgrzymom Bractwa bł. Władysława i wszystkim jego czcicielom oraz zgromadzonym na Eucharystii, aby rozmiłowali się w Sercu Jezusa i starali się jak najpełniej się do Niego upodobnić. Amen.