Dramat Marychy
Ks. Stanisław Tworkowski – Dramat Marychy
„Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni„.
Była młoda i śliczna. Nie znaliśmy jej nazwiska. Mąż jej był lekarzem i pełnił służbę przy którymś z oddziałów. Miała pseudo „Marycha” [1]. Może było to jej imię. Mówiliśmy do niej: pani. Pomimo młodego wieku miała powagę dojrzałej kobiety. Koledzy, którzy ją znali z konspiracji, uważali, że jest bardzo oddana sprawie. W Powstaniu pełniła rolę sanitariuszki.
Poznałem ją w drugiej połowie sierpnia. Opatrywała mi ramię, skaleczone odłamkiem granatu. Czyniła to z taką delikatnością i dobrocią, że po skończonym zabiegu pocałowałem ją w rękę. Pani Marycha uśmiechnęła się i pogłaskała moją czuprynę. Gotów byłem obrazić się, bo miała niewiele ponad dwadzieścia lat, ja zaś byłem siedemnastoletnim mężczyzną. Ale jej gest poważny i serdeczny, przypomniał mi moją matkę i sprawił przyjemność. Zresztą w tej chwili w podwórze rąbnęła szafa. Trochę nas przysypało i nie było czasu na roztkliwianie się.
Zauważyłem, że pani Marycha jest smutna. Oczywiście, nikt nie miał powodów do wesela, ale jej smutek musiał mieć głębsze podłoże. Było mi jej żal i pragnąłem ją pocieszyć. Wszyscy jesteśmy jedną rodziną, której przeżycia, zwłaszcza przykre i ciężkie, nie mogą być dla nas obojętne. Tak mnie uczono i wychowywano w domu. Mój ojciec mówił: – Nie bądź ślimakiem, który zamyka się w skorupie, zajęty tylko sobą. – Toteż, gdy pani Marycha zmieniała mi opatrunek, zapytałem ją w sposób najbardziej delikatny, czy nie straciła kogoś z rodziny, bo to było najczęstszą przyczyną naszych cierpień. Pani Marycha popatrzyła na mnie pięknymi i mądrymi oczyma.
– Niech pan siądzie – powiedziała.
Na odcinku był chwilowy spokój. Można było zebrać myśli i pogadać.
– Miałam szczęśliwe dzieciństwo, które zawdzięczam dobrym rodzicom. Było nas siedmioro, czterech braci, Bohdan, Bolesław, Tadeusz i Zbigniew oraz trzy siostry, Halina, Jadwiga i ja, najmłodsza. Bohdana nie znałam. Utonął. Kochaliśmy się. Co powiedzieć o matce? To, co mówi każde dziecko: najmilsza i najlepsza. A jaki był ojciec? Niezwykle dobry i szlachetny. Pogodny, uśmiechnięty, życzliwy dla wszystkich, wzbudzał sympatię i zaufanie. Z gorących dyskusji, jakie prowadził z moimi braćmi – Bolek już był architektem, Tadeusz kończył Seminarium Duchowne, a Zbych studiował na SGGW – mogłam wnioskować, że jest zaangażowany politycznie i walczy o Polskę silną, niezależną i narodową. Jej wielkość i prawdziwy postęp wiązał z realizacją Ewangelii w życiu społecznym. Często powtarzał zdanie Romana Dmowskiego, z którym był zaprzyjaźniony: „Wielki naród musi nosić wysoko sztandar swej wiary”.
Ojciec miał radosne i młodzieńcze usposobienie. Pomimo sześćdziesięciu lat bawił się z nami, jak dziecko. Jego siwe włosy kłóciły się z wesołą, roześmianą twarzą. Matka, której autorytet był bez-sporny, musiała nieraz wszystkich, łącznie z tatusiem, przywoływać do porządku.
Mieszkaliśmy najpierw we własnym domu przy ulicy Narbutta. Pamiętam, na podwórku rosła piękna płacząca wierzba. Później przenieśliśmy się. W pobliżu był nasz parafialny kościół Zbawiciela, gdzie chodziliśmy na Mszę i wspólnie przyjmowaliśmy Komunię św. Dziś uświadamiam sobie, że Pan Jezus był życiem i radością mego ojca, matki i całego domu.
Zamilkła.
Kilka bliskich wybuchów z moździerza zakłóciło ciszę. Odezwały się krótkie serie peemów.
– Niech pani dalej opowiada – prosiłem.
– Było to, o ile sobie przypominam, 30 marca 1940 roku. Przed dom zajechało Gestapo. Wzięli ojca, Bolka i Zbyszka. Tadeusz był w seminarium i to go uratowało. Najpierw zawieźli ich do więzienia na Mokotowie, później na Pawiak. Nie wiem, co zarzucali ojcu. Chyba to, że był prawdziwym Polakiem i katolikiem. Tacy byli dla nich bardzo niebezpieczni. Gruba teczka wypchana dowodami działalności ojca w okresie międzywojennym, stanowiła materiał obciążający. Nie torturowano ich. Ojca i Bolka skazali na śmierć. Zbyszek, który miał lat osiemnaście, został wywieziony do Mauthausen. Dotychczas nic o nim nie wiemy. Chyba nie żyje [2].
Muszę wspomnieć o niezwykłym, prawie symbolicznym, splocie wydarzeń. W dniu, kiedy badano ojca i braci, Tadeusz otrzymał święcenia kapłańskie. Ojciec przesłał mu grypsem swe błogosławieństwo i przyjął na jego intencję Komunię Św., którą potajemnie przynoszono z miasta. Wie pan, że Niemcy karali za to śmiercią [3]. Zawsze się jednak znaleźli ofiarni i bohaterscy ludzie, którzy w różny sposób przynosili do więzienia Najświętszy Sakrament.
Wkrótce potem, dnia 21 czerwca 1940 roku o godzinie 8 rano, Tadeusz [4] odprawiał prymicję w intencji ojca i braci. Nie wiedział, że dwie godziny wcześniej o szóstej, ojciec i Bolesław zostali rozstrzelani w Palmirach. Prawda, jakie dziwne powiązanie? Wspólna ofiara Chrystusa Pana i moich najdroższych.
Nie wiem, co się dzieje w tej chwili z matką i siostrami Czy żyją? Proszę gorąco Boga, żeby je zachował.
Podała mi rękę.
– Do widzenia! Niech pan idzie z Bogiem. Właściwie wszyscy zdążamy do jednego celu. Proszę zbytnio nie brawurować.
W ciągu następnych dni me widziałem pani Marychy. Domyślałem się powodu. Miała zostać matką. Jej stan budził w nas głęboki szacunek. Nieustanne obcowanie ze śmiercią przyspieszało naszą dojrzałość. Grzebiąc ciała kolegów, chłopców niedawno roześmianych i pełnych życia, uczyliśmy się cenić życie, zarówno to, które gasło, jak i to, które miało się narodzić. Sam również zabijałem. Taki był rozkaz. Ale widziałem, jak wśród niszczycielskiego szału śmierci rodziło się niezniszczalne życie.
Zabijałem. Mam ich – Niemców i Ukraińców – z całą pewnością kilkunastu na sumieniu, pamiętam moment, kiedy Niemcy po rozbiciu muru, za którym mieliśmy stanowisko, goliatem, wdarli się na nasz odcinek. Opanowałem nerwy i schowany, czekałem, dopóki nie wtargną na podwórko. Gdy weszli, zacząłem rzucać granaty. Jeden… dwa… trzy! Widziałem rozszarpywane ciała. Padło kilku. Cieszyłem się, choć musieliśmy się stamtąd wycofać.
Nasz kapelan często przynosił nam Komunię św. Poczułem się wtedy nieswojo. Chrystus z nauką o miłości nieprzyjaciół, i ta moja radość, uzupełniona zresztą Krzyżem Walecznych, wydała mi się obca Ewangelii. Ksiądz kapelan uspokoił mnie:
– Nie zabijaj nigdy człowieka, bo panem ludzkiego życia jest tylko Bóg. Nikogo nie miej w nienawiści, bo każdy, nawet esesman, jest dzieckiem Bożym, choć wyrodnym. Pamiętaj, że nienawidząc niczym się nie różnisz od nich i że ciebie, jako katolika, obowiązuje wyłącznie i jedynie miłość. Nie bądź nigdy mordercą, ale jeśli ci powierzą rolę sędziego, jeśli na polu walki musisz bronić sprawiedliwości, broń jej. Dopóki na ziemi będą zbrodniarze, musi być i kara.
Po tej rozmowie, którą przeprowadziliśmy w krótkiej przerwie między jednym a drugim nalotem, inaczej zacząłem pojmować swój żołnierski obowiązek i śmierć, zarówno swoich, jak i wrogów, pogłębiała mój stosunek do życia. Sam zresztą nie lękałem się jej. Byłem na nią przygotowany. „Jeśli mnie spotka – myślałem – to widocznie tak było trzeba”.
Aktem, który umocnił mnie w mojej filozofii o życiu i śmierci, był dramat Marychy.
Stało się to w ostatnich dniach sierpnia. Opuszczaliśmy Starówkę. Część oddziałów walcząc wręcz, przebijała się do Śródmieścia. Mój pluton miał przedostać się kanałami. Nie byłem z tego zadowolony, ale rozkaz rozkazem. Może to mnie uratowało.
Wychodziliśmy nad ranem. Szli z nami lżej ranni i trochę ludności cywilnej. Przy włazie spotkałem panią Marychę. Siedziała na gruzach. Początkowo nie poznałem jej. Wyglądała strasznie. Jej piękne, myślące oczy zapadły głęboko i zgasły. Twarz była wychudła i żółta. Włosy w nieładzie. Oddychała ciężko, z trudem i widziałem, jak jej sine usta drżą nerwowo.
– Pani Marycho…
Uśmiechnęła się. Nie mieliśmy czasu na rozmowy. Wokoło nas szalał ogień. Od Bielańskiej szedł odgłos gwałtownej strzelaniny. Obok włazu leżało wiele trupów. Woń gnijących ciał pobudzał do mdłości. Jakaś kobieta z obandażowaną głową zawodziła bez przerwy: – O Jezus, zabierzcie mnie z sobą! Była wczesna godzina, ale należało się spieszyć. Lada chwila nadlecą wulfy. Nie pytając o nic, wziąłem Marychę pod rękę. Podniosła się z trudem. Po chwili ogarnęły nas ciemności kanału. „Ty, który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”.
Dopiero w dwa lata później czytałem „Piekło” Dantego, ale opis ten nie wywarł już na mnie wrażenia.
Wlekliśmy się pochyleni, jedno po drugim. Brak powietrza i ohydny fetor utrudniały oddech i wywoływały zawroty głowy. Wciąż zapadaliśmy w grząskie błoto. Potykaliśmy się o jakieś rzeczy, toboły, rozdeptane ludzkie zwłoki. Niebawem kanały zaczęły się kołysać. Bombowce rozpoczęły swoją poranną akcję. Byłem cały mokry i wyraźnie traciłem siły, ale zatrzymać się nie było można, bo tłum napierał.
– Nie mogę iść już dalej – skarżyła się Marycha. – Zostawcie mnie…
W tej chwili błysk oświetlił wnętrze kanału, ogłuszył nas huk i wstrząsnął gwałtowny podmuch. Rozległy się krzyki i płacz kobiet. Niektórzy zawracali z powrotem. Z trudem udało się nam uspokoić przerażonych ludzi. Byliśmy blisko wylotu, w który od czasu do czasu Niemcy wrzucali granaty. „Gorzej będzie – myślałem – gdy użyją gazów, uduszą nas lub oślepią”. Po chwili, ruszyliśmy dalej. Ciemności przechodziły w półmrok. Niedaleko przed nami do kanału wlewał się strumień światła. Do uszu dochodził trzask ręcznej broni. Zatrzymaliśmy się. Za mną majaczył korowód upiornych twarzy. Ktoś jęczał: — Jezu, Jezu!
– Milczeć tam, jeszcze nas usłyszą!
Ostrożnie, skradając się, podszedłem do wylotu. Nie ma ich. Przyczaili się, albo odeszli. Co będzie, to będzie. Naprzód! Fala ludzka pociekła szybko cuchnącym korytarzem. Marycha mdlała, więc ciągnąłem ją za sobą.
– Nie zatrzymujcie się, na litość Boską! – przynaglano nas.
– Nie mogę już, nie mogę – prosiła biedna kobieta. – Niech mnie pan zostawi, dalej nie pójdę.
Upadła w trzęsawisko. Tłum wzbierał jak fala, której w poprzek rzucono tamę. Złorzeczono nam, klnąc i błagając na przemian, byśmy szli dalej. Nachyliłem się nad leżącą i zrozumiałem wszystko. W jej rozszerzonych źrenicach odbijało się przerażenie i rozpacz. Piersi gwałtownie chwytały powietrze. Usta wykrzywiało cierpienie. Marycha przeżywała bóle porodu.
– O Boże, mój Boże – szeptała cicho.
Wiadomość wstrząsnęła tłumem. Rodzi się człowiek. Człowiek! Żywy protest przeciwko śmierci. Nakaz życia, które musi widocznie trwać, bo tak chce Bóg. Tłum znieruchomiał. Zaległa cisza, tylko ziemia jęczała, wstrząsana spazmem wybuchów, jakby chciała współczuć rodzącej. Przeciskali się do nas jacyś ludzie… Koledzy. Wspólnie dźwignęliśmy nieszczęsną matkę.
Mijały godziny długie jak wieczność.
Nagle przypomniał mi się dom rodzinny, kościół parafialny i kazanie młodego księdza – wikariusza. Miałem wtedy nie więcej niż dziesięć lat. Było to w adwencie. Chodziliśmy na roraty. Ksiądz czytał Ewangelię o końcu świata. Często później do niej wracałem: „Wydadzą was na udrękę i będą zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów z powodu mego imienia. Wówczas wielu zachwieje się w wierze; ludzie będą się wzajemnie wydawać i jedno drugich nienawidzieć… Powstanie naród przeciwko narodowi i będzie ucisk, jakiego nie było od początku świata… Mnóstwo polegnie od miecza, innych zapędzą w niewolę… A potem moce niebieskie zostaną wstrząśnięte. Słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku… I wówczas ujrzą Syna Człowieczego przychodzącego z wielką mocą i chwałą”.
Szczególnie utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, nie wiem zresztą dlaczego, bo jego treść była mi wówczas niezrozumiała: „Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni”.
Tak, to chyba już koniec. Ziemia drży od wybuchów. Skazani jesteśmy na zagładę. Zgasło słońce. Otaczają nas nieprzeniknione ciemności. Jesteśmy już w grobie.
– O Boże, Boże! – jęczała coraz ciszej pani Marycha.
Nie wszyscy dotarli do włazu na placu Napoleona, na który padały wówczas tonowe pociski z dział kolejowych. Z ciemności lochów wydostaliśmy się w jasność płonącego Śródmieścia. Starówka przeniosła się wraz z nami.
A potem? Jak to było?
Poszedłem z kolegami na Czerniaków, gdzie walczyliśmy dalej.
Panią Marychę zaniesiono do polowego szpitala, zdaje się przy ul. Foksal [5]. Maleństwo, które urodziła, było nieżywe. Lekarze mówili, że tylko ono mogłoby zatrzymać uciekające życie matki. Marycha poszła za swym synkiem do ojca i braci…
Dawno wróciłem z niewoli. Życie potoczyło się zwykłym biegiem. Kiedy się modlę za poległych i umęczonych, a było wśród nich tyle matek, wspominam Marychę. I myślę o wielkości i świętości macierzyństwa, jakże często dzisiaj profanowanego przez niby ten sam, a przecież inny, już nie mój, obcy świat.
Przypisy:
[1] Maria Myszczyńska-Latkowska, żona doktora Latkowskiego; w Powstaniu – sanitariuszka.
[2] Zbigniew Myszczyński, 3 maja 1940 r. wywieziony do Mauthausen i tam rozstrzelany.
[3] Według relacji ks. infułata St. Mystkowskiego, więźnia Pawiaka (patrz – Przypisy, s….) Niemcy rozstrzelali za przekazanie do więzienia Komunii św. pewnego Polaka i pielęgniarkę.
[4] Ks. Tadeusz Myszczyński, proboszcz w Pyrzycach, woj. szczecińskie.
[5] Polowy szpital przy ul. Foksal; spłonął od pocisków zapalających. Zaledwie część rannych na parterze i I piętrze szpitalnego budynku zdołała się uratować. Ranni umieszczeni na wyższych piętrach spalili się lub wyskakując zabijali się na bruku. Z 300 rannych ocalało 60 osób. W szpitalu tym pracował i odznaczył się przy ratowaniu rannych i chorych dr Stanisław Królikowski.
Ks. Stanisław Tworkowski („Jacek”) – Ostatni zrzut – III Godzina „W”
