Pan Jezus ze Świętojańskiej katedry
Ks. Stanisław Tworkowski –
Pan Jezus ze Świętojańskiej katedry
Wędrówki po Starym Mieście często kończę na gruzach Świętojańskiej Katedry. Tyle myśli i serca zostawiłem w jasnym, gotyckim wnętrzu.
„Te Deum laudamus„… „Wolnego ludu śpiew” [1] po latach wiekowej niewoli. Konsekracja Achillesa Rattiego, przyjaciela Polski, późniejszego Piusa XI… Pierwszy Sejm, pierwsza Konstytucja [2]. Wreszcie osobiste przeżycie – łaska otrzymanych w Katedrze święceń kapłańskich. Pamiętam ten dzień najpiękniejszy i najradośniejszy w moim życiu, choć nie pozbawiony smutku, bowiem otrzymałem święcenia 23 maja 1926 roku, w niewiele dni po zamachu majowym i walkach bratobójczych, jakże bolesnych dla każdego polskiego serca.
Przeżycia te często wiązały się ze wspomnieniami trumien.
Dlaczego człowiek lęka się trumien? Przecież są one nieodzownym ogniwem w łańcuchu życia. Tylko zło, osty i kąkole, przeznaczone są na spalenie. Prawdziwe wartości ducha, wszystko to, co rodzi się z wiary i miłości, zwycięża śmierć i trwa poza grobem Dlatego moje wspomnienia o trumnach ożywia wielka nadzieja. W szczególniejszy sposób zapamiętałem jedną z nich. Kryła w sobie prochy Nieznanego Żołnierza wydobyte z bezimiennej mogiły. Wieziono je uroczyście do Warszawy. Jako kleryk a były żołnierz, wraz z kolegami zostałem wyznaczony na ich przyjęcie. Czekaliśmy na Dworcu Głównym, który znajdował się wówczas na rogu ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Był wczesny listopadowy poranek. Świtało. Wojsko. Tłumy ludzi. Głęboka modlitewna cisza. Wzruszenie. Pamiętam moment, kiedy z oddali wyłoniło ^się olbrzymie, uwite z białych chryzantem, godło Polski. Umieszczone na przodzie lokomotywy, przesłaniało ją całkowicie. Patrząc na sunący powoli pociąg, odnosiliśmy wrażenie, że to prawdziwy Orzeł Biały – dumny znak naszej Ojczyzny, niesie na skrzydłach święte szczątki bohaterów [3] .
W Katedrze uroczyste Castrum doloris [4]. Obok trumny biskupi i cztery wybrane matki w żałobie. Trumnę spowijał znak chwały; amaranty ze srebrnymi orłami.
Ksiądz Szlagowski [5] na ambonie. Tysiące bijących, wzruszonych serc. W ciszy padają natchnione słowa:
– Żołnierzu! Powiedz nam swoje imię!
Później przeżywałem jeszcze inne trumny. Sienkiewicza [6], Reymonta [7], Słowackiego [8] i wreszcie trumnę Dmowskiego [9], nad którą pochyliły się setki sztandarów. Aż przyszedł wrzesień. Królewska Katedra stała się celem ataków wroga. Barbarzyńcy za wszelką cenę chcieli zniszczyć przybytek Bożej i naszej polskiej chwały.
* * *
Każda z naszych katedr posiada jakąś relikwię. Katedra Wawelska prochy królów, Gnieźnieńska – św. Wojciecha. W Katedrze Warszawskiej przechowywały się dwie świętości. Jedną z nich była trumienka z ziemią zebraną ze wszystkich pobojowisk, na których walczyli i umierali Polacy w czasie I wojny światowej. Była to niewielka, kryształowa szkatułka, uwieńczona orłem w koronie. Stała na marmurowej kolumnie, na której widniała liczba 600.000, tylu bowiem żołnierzy poległo wówczas za Ojczyznę.
Co się stało z relikwiarzem?
Wybuchy bomb i goliatów, które miażdżyły Katedrę i jej obrońców, zapewne starły w proch święte relikwie [10]:
Spotkałem kiedyś w gruzach Katedry biednie ubraną kobietę. Szukała czegoś. Zapytałem ją słowami Chrystusa Zmartwychwstałego, skierowanymi do Marii Magdaleny, płaczącej przy Jego pustym grobie: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”
— Szukam swego dziecka – odpowiedziała. Podobno ciało jego leży pod tymi gruzami… Tak mówił kolega syna. Obydwaj byli w AK i walczyli w Katedrze. Mój syn zginął.
Kobieta płacze.
Nie płacz, biedna matko, stojąca na jednym ze wzgórz polskiej Golgoty. Twój syn wierzył i kochał, więc żyje.
Innym razem – było to któregoś październikowego popołudnia – zobaczyłem wśród ruin młodą kobietę, nachyloną nad mogiłą. Narzeczona? Chyba nie. Może żona? Spotykaliśmy przecież kobiety, których miłość szła poza grób.
Podszedłem bliżej. Kobieta stroiła mogiłę zielenią. Pewnie siostra. Na tabliczce umieszczonej na krzyżu był napis:
RÓŻYC WACŁAW
Ps. „Mściciel” z baonu „Wigry”
zginął śmiercią bohaterską
dnia 11 sierpnia 1944 roku
Miałam trzech braci – powiedziała dziewczyna. Jednego Niemcy wywieźli z łapanki i ślad po nim zaginął. Pozostali dwaj byli w konspiracji i należeli do baonu „Wigry”. Jeden poległ w ostatnich dniach sierpnia na Brzozowej. Drugi w czasie walk o Katedrę. Sama go pochowałam. Pamiętam, był silny obstrzał. Z okien kościoła buchał ogień. Bogu dziękuję, że choć mi ta mogiła została.
Mój ty nieznajomy bracie, „Mścicielu”! Bóg już upomniał się o twoją krzywdę. Dał ci w niebie jasność i pokój, a na ziemi dobrą siostrę, która będzie pamiętała o tobie. Przypomniała mi się Marychna z noweli Małaczewskiego i słowa pisarza: „Wiele jest różnych miłości na ziemi, lecz która z nich przewyższy miłość brata i siostry? Mierzyć ją wolno jedynie miarą własną. Ona jest szczytem ludzkich miłości. Wyższe ponad nią jest tylko ubóstwienie anielskie… Gdy się ziści na ziemi królestwo Boże wszyscy ludzie będą się kochać taką miłością” [11].
Bądź spokojna siostro! Z ofiary twego brata, z miłości i wiary chłopców, którzy tutaj oddali życie, na pewno powstanie nowa Katedra, będzie nią gotyk odrodzonej polskiej duszy.
* * *
Drugą świętością Katedry był Cudowny Pan Jezus z Fary. Arcydzieło sztuki rzeźbiarskiej. Przywieziony w 1539 roku, za czasów Zygmunta Starego z Norymbergi, był przedmiotem kultu, związanego z miastem i dzielił dolę i niedolę ludu.
We wrześniu roku 1939, kiedy arcybiskup Gall [12] wyświęcał w Katedrze w czasie nalotu młodych kapłanów, Cudowny Pan Jezus błogosławił im na czekające ich trudy i walkę.
„Sprawując tajemnicę śmierci Pańskiej, starajcie się umorzyć w sobie wszystkie wady i namiętności ciała. Niech jaśnieje w waszym życiu sprawiedliwość, stałość, miłosierdzie i męstwo… Bądźcie nieskazitelni… i starajcie się osiągać doskonałość na miarę pełni dojrzałości Chrystusowej”13, powtarzali młodzi ludzie za biskupem słowa kapłańskich zobowiązań przy akompaniamencie huku bomb spadających na płonącą Katedrę, brzęku tłuczonych witraży, łoskotu walącego się sklepienia.
Działo się to równo w czterysta lat od chwili, kiedy Cudowny Pan Jezus opuszczał Niemcy. Szalała tam reformacja i również, choć z innych względów, niszczono kościoły i ołtarze. U nas wtedy był spokój, a prawa dawnej Rzeczypospolitej strzegły wolności sumień.
Wokół cudownego wizerunku powstało dużo legend. Jedna z nich, nieco romantyczna, mówiła o włosach na głowie Zbawiciela. Otóż w epoce gotyku, w niektórych warsztatach snycerskich, głównie w Niemczech, przyklejano do głów rzeźbionych postaci prawdziwe włosy, coś w rodzaju peruki. Według legendy włosy na głowie Cudownego Pana Jezusa miały rzeczywiście rosnąć, tak, że trzeba było je od czasu do czasu przycinać. Czyniła to zawsze niewinna zakonnica. Przestały rosnąć, kiedy dotknęła ich ręka grzesznej kobiety.
Wśród legend są jednak i prawdziwe opowieści. Jedną z nich, o tym, jak Pan Jezus dzielił losy rannych żołnierzy, podaje kapelan któregoś z oddziałów walczących na Starówce. Mów, księże kapelanie!
– Na nasz nieszczęsny plac boju nieustannie pikują bombowce. Najpierw ponure brzęczenie… Później denerwujący skowyt spadającej maszyny, świst bomby i w powietrze wystrzela olbrzymi kłąb czarnego dymu. W górę lecą ściany, belki, kamienie i strzępy ludzkich ciał. Nie ma wody i ludzie w piwnicach puchną z głodu. Jesteśmy u kresu sił. W nocy jest nieco spokojniej. Trwa wprawdzie ogień artylerii, ale to drobiazg wobec tonowych bomb, „szaf”, „ryczących krów”, którymi Niemcy zasypują nas za dnia. Toteż w nocy trwa gorączkowa praca: umacnianie barykad, przesuwanie oddziałów, odkopywanie przysypanych ludzi. W piwnicach opatrujemy rannych, kapelani spowiadają żołnierzy i ludność, która już tylko w Bogu widzi ratunek.
Tej nocy przeżyłem wstrząsającą chwilę. Spowiadałem w lochu rannych żołnierzy. Od szeregu dni nie mieliśmy światła. Trudno wyobrazić sobie, jakich uczuć doznaje człowiek w dusznej piwnicy, kiedy z ciemności dochodzą jęki, rzężenia i rozpaczliwe błagania o ratunek. Czasem rozjaśnia ciemności nikły płomień świecy. To lekarz nachylony nad rannym dokonuje koniecznej operacji. Ale i to światło gaśnie. Brak tlenu.
W kącie piwnicy, gdzie spowiadam, panuje nieprzenikniona ciemność. Z trudem przesuwam się między rannymi. Jest ich bardzo dużo. Leżą ściśnięci obok siebie i stanowią jedno męczeńskie ciało, pokryte wspólną raną, zrośnięte wspólnym cierpieniem: ciało, które się odzywa jękiem, skargą i szeptem błagalnej modlitwy. Straszne są noce w powstańczych szpitalach, bez światła, wody, lekarstw i chleba.
Dotykam rąk, nachylam się nad biednymi głowami, słucham zgorączkowanych szeptów i rozgrzeszam: „Niech się zmiłuje nad wami Wszechmogący Bóg…” Jestem nieludzko zmęczony i ogarniają mnie sny na jawie, pełne niesamowitych obrazów. Ale już loch się kończy. Wszyscy wyspowiadani. Pozostał tylko jeden żołnierz. Nachylam się nad nim.
– Czy chcesz się spowiadać?
Nie odpowiedział. Rozumiem. Skończyła się jego męka. Śmierć jest jedynym wyzwoleniem z tych piekieł. Przesuwam ręką wzdłuż ciała. Jest zimne i nagie. Nie żyje. Trzeba ciało stąd zabrać. Tylko dlaczego zwłoki są stwardniałe na kamień.
– Może macie zapałki? Po chwili błysnęło światełko. Klęcząc spoglądam na zmarłego.
O Boże! Przede mną, okryty żołnierskim płaszczem, leży cudowny Pan Jezus z Katedry św. Jana! Poznaję twarz pełną męczeńskiego wyrazu, skrzywione w bolesnej agonii usta i przymknięte powieki. Cudowny Pan Jezus z długimi włosami. Leży pośród swoich żołnierzy. Wyniesiony z płonącej świątyni przez mężnego kapelana [14], odbył swoją krzyżową drogę lochami Starego Miasta, wśród łez i modlitw towarzyszącej Mu garstki ludzi, a teraz, zdjęty z krzyża, spoczywa na podłodze piwnicy. Wśród otchłani niewysłowionego cierpienia, udręczony i sponiewierany wraz ze swym ludem, jego Bóg… Przywieram ustami do przebitych rąk Zbawiciela [15].
– Chryste…
* * *
W niespełna trzy lata później, w dniu, w którym Kościół czci pamiątkę triumfalnego wjazdu Zbawiciela do Jerozolimy, w południe Niedzieli Palmowej, powracał Pan Jezus do Świętojańskiej Katedry.
Wiosenny, chłodny wiatr rozwiewał sztandary.
Przed cudownym krucyfiksem szli w uroczystej procesji biskupi. Za krzyżem, na czele niezliczonych tłumów, Prymas Polski, kardynał August Hlond. Wzniesiony wysoko na purpurowym tronie, cudowny Pan Jezus ogarniał ukrzyżowanymi ramionami powstające z gruzów miasto i całą Polskę.
I znów ożyła legenda strofami warszawskiego pieśniarza:
W całym mieście grają wszystkie dzwony,
Wszyscy ludzie weseli i radzi,
I w triumfie naród zgromadzony
Krzyż Cudowny do Fary prowadzi.
My na Jego opiekę się zdajem,
Nic nam wrogi i nic nam złe mary,
Póki czuwa nad miastem, nad Krajem,
Nasz Pan Jezus Cudowny u Fary [16].
Przypisy:
[1] Z hymnu Bogurodzico Dziewico Juliusza Słowackiego.
[2] Uchwalenie pierwszej po epoce rozbiorów Konstytucji miało miejsce 17 marca 1921 r.
[3] Sprowadzenie prochów żołnierskich z pobojowiska i uroczyste złożenie ich do Grobu Nieznanego Żołnierza odbyło się 2 listopada 1925 r. Z czasem spoczęły tam prochy żołnierzy z II wojny światowej.
[4] Castrum doloris, dosłownie obóz, warownia smutku, bólu – uroczyste nabożeństwo żałobne przy trumnie.
[5] Ks. dr Antoni Szlagowski, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, sławny kaznodzieja, pisarz, arcybiskup Warszawy. W czasie okupacji zarządzał Archidiecezją; po Powstaniu przebywał w Milanówku. Zmarł w 1956 roku.
[6] Zwłoki Henryka Sienkiewicza, zmarłego 15 listopada 1916 roku w Szwajcarii, w Vevey, sprowadzono do kraju 26 października 1924 r.
[7] Władysław Reymont, zmarł 5 grudnia 1925 r.
[8] Zwłoki Juliusza Słowackiego sprowadzono z Francji 28.6.1927 r.
[9] Roman Dmowski (1864-1939), mąż stanu, polityk, pisarz, całe życie poświęcił walce o wolność i wielkość Polski. Jego hasło „Jestem Polakiem” budziło w społeczeństwie, podzielonym przez zaborców, poczucie jedności narodowej. Uwięziony, przebywał w Cytadeli Warszawskiej i na zesłaniu w carskiej Rosji. Udało mu się zbiec do Lwowa, gdzie był redaktorem „Przeglądu Wszechpolskiego”, głoszącego hasła niepodległości i zjednoczenia kraju. Od 1917 roku stał na czele Komitetu Narodowego w Paryżu; organizował we Francji Armię Polską, która brała udział w decydujących zmaga¬niach z Niemcami na froncie zachodnim. W imieniu Polski położył swój podpis na Traktacie Wersalskim. Zdecydowany wróg Niemiec, domagał się granic wysuniętych jak najdalej na zachód. Pamiętał również o granicach wschodnich. Przywódca obozu narodowego, walczył nie tylko o polityczną i gospodarczą potęgę Polski, ale przede wszystkim o jej moralną postawę. Katolicyzm uważał za nieodzowny element narodowego życia. Nie uznawał podziału społeczeństwa na partie, stany czy zwalczające się klasy. Wiele jego myśli i wskazań, które pozostawił w swych dziełach, nie straciło na aktualności. Zmarł 2 stycznia 1939 roku w Drozdowie, w ziemi łomżyńskiej. Przewiezienie ciała do Warszawy było wielką manifestacją narodową i katolicką. Pochowany na cmentarzu na Bródnie.
[10] Wydobyte spod gruzów Katedry, choć uszkodzone, ocalały i nadal są czczone.
[11] Eugeniusz Korwin-Małaczewski, Koń na wzgórzu, nakładem Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1939, s. 236.
[12] Ks. dr Stanisław Gall, pierwszy biskup polowy WP. Długoletni rektor Seminarium Metropolitalnego, wikariusz generalny Archidiecezji Warszawskiej, odznaczony Krzyżem Walecznych i Orderem Polonia Restituta. Kiedy udzielał we wrześniu 1939 r. diakonom święceń kapłańskich, nastąpił nalot. Arcybiskup nie przerwał obrzędu, choć na Katedrę spadały bomby i płonęło wnętrze.
[13] Pontyfikał rzymski – tekst odmawiany w czasie udzielania święceń.
[14] Figurę Ukrzyżowanego wyniósł z płonącej Katedry ks. kapelan AK, Wacław Karłowicz, proboszcz parafii św. Wacława w Warszawie.
[15] Według relacji ks. prałata Henryka Cybulskiego, kapelana AK, zgrup. „Chrobry I”.
[16] Artur Oppman (Or-Ot), Legendy Warszawy, wyd. E. Kuthan, Warszawa 1947.
* * *
Źródło: Stanisław Tworkowski, Ostatni zrzut. Opowiadania i nowele
Wydawnictwo „Michalineum”, Marki – Struga k. Warszawy – 1984
(I wydanie – Katolicki Ośrodek Wydawniczy „Veritas” w Londynie.
